Howerla, najwyższy szczyt Ukrainy wznosi się w paśmie Czarnohory w Beskidach Wschodnich na wysokość 2061 m n.p.m.  Nigdyś przez szczyt przebiegała granica, najpierw między Koroną Królestwa Polskiego a Królestwem Węgier (do 1772 roku), przed II wojną światową południowa granica Rzeczypospolitej Polskiej, pierwotnie polsko-czechosłowacka a po aneksji Rusi Podkarpackiej polsko-węgierska. Szczyt ten to niezwykle popularny cel wycieczek, głownie wśród Ukraińców, i choć ukraińskie Karpaty uchodzą za dzikie i niezadeptane, to niestety nie tyczy się to Howerli.

Zaroślak

Szlak na Howerlę rozpoczyna się w bazie turystycznej Zaroślak. Na miejscu znajduje się hotel, kilka domków letniskowych i straganów z gastronomią i pamiątkami, które niestety nie zawsze są czynne. Choć z opisu wydawać by się mogło, że baza wypadowa na Howerlę jest całkiem dobrze zorganizowana, dosyć dużym problemem jest dojazd. Jadąc od strony Worochty drogą P24 przed mostem na rzece Prut skręcamy w ulicę Howerlanską (Vulytsya Hoverlyansʹka) – droga tutaj jest naprawdę kiepska. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do stacji kontrolnej – KPP v Karpatskiy prirodnyy zapovednik. Tu, około 10 kilometrów od Zaroślaka,  i tak marnej jakości droga zmienia się w drogę fatalną. Sam brak asfaltu nie jest tu oczywiście problemem, ale ogromne dziury, wystające kamienie, koleiny, i w zależności od pory roku i pogody śnieg, błoto i strugi wody, co czasami czyni tę drogę zupełnie nieprzejezdną. Zanim jednak wjedziemy na tę drogę, musimy opłacić bilet wstępu (30 hrywien od osoby) w punkcie kontrolnym, którego pracownicy podadzą nam aktualne warunki, zarówno na drodze jak i na samym szlaku. W naszym przypadku pozwolono nam jechać jeszcze około 3-4 kilometry, a następnie musieliśmy ruszyć pieszo. Na szczęście udało nam się zatrzymać przejeżdżający samochód (który akurat był taksówką, jadącą po kogoś z Zaroślaka), któremu z kolei udało się dotrzeć aż po samą bazę. Za przejazd zapłaciliśmy 100 hrywien od osoby.

Szlak niebieski na Howerlę

Z dwóch dostępnych szlaków – zielonego i niebieskiego, nakazano nam iść tym pierwszym. Mimo że była połowa kwietnia, już od samego Zaroślaka na szlaku czekała na nas gruba warstwa mokrego śniegu. Przez pierwsze kilkaset metrów szlak prowadził nas przez las, wzdłuż strumienia. Po około 15 minutach wyszliśmy na polankę i odtąd szlak prowadził już niezalesioną granią. Wydawało nam się, że było stamtąd widać szczyt Howerli, nie był to jednak faktyczny wierzchołek, a jedynie przedwierzchołek, nazywany Małą Howerlą, co było dla nas i mylące i rozczarowujące – bo gdy już myśleliśmy, że szczyt jest tuż tuż, najgorsze było tak naprawdę jeszcze przed nami. Po wyjściu z lasu jeszcze przez ok. 15 min szlak można było przejść niemalże spacerkiem, bez większych trudności, ale już później, podejście pod Małą Howerlę stanowiło nielada problem, głównie ze względu na twardy, ubity śnieg i lód oraz coraz większą stromość podejścia.

Howerla
Howerla
Howerla

Na szczycie Howerli

Po wejściu na Małą Howerlę znów szlak przez chwilkę prowadził po nieco wypłaszczonej ścieżce, ale już ostatni odcinek, przez oblodzenie, znowu był dosyć trudny. W końcu jednak, po 2 godzinach i 20 minutach, czyli 10 minut szybciej niż wskazywały oznaczenia szlaku, doszliśmy na szczyt. Na szczycie Howerli jest całkiem sporo miejsca, można więc spokojnie usiąść i odpocząć. Znajduje się tu krzyż, obelisk, przy którym w lecie powiewają flagi: Ukraińska i Unii Europejskiej, i drogowskaz ze szlakami, które prowadzą z Howerli.

Howerla
Howerla

W stronę niesamowitego jeziora

Zachęceni całkiem dobrym czasem wejścia (jak na warunki zimowe), postanowiliśmy ruszyć czerwonym szlakiem w stronę Jeziora Niesamowitego. Przejście to miało nam zając ok. 2,5 godziny, by później tyle samo wracać żółtym szlakiem do Zaroślaka. Skierowaliśmy się na wschód i zaczęliśmy schodzić z Howerli. Na wschodniej ścianie śnieg nie był zupełnie ubity, nie widać tu było żadnych śladów stóp ani… oznaczeń szlaku. Zeszliśmy prawie do połowy wysokości góry, przed nami malowało się kolejne wzniesienie, tym razem znowu z twardym, zlodowaciałym śniegiem, w który nie chciały się wbijać nawet kijki trekkingowe. Może łatwiej byłoby obejść górę bokiem? Spróbowaliśmy, ale było to zbyt niebezpieczne. Nie było rady, trzeba było wracać z powrotem na niebieski szlak i …. wejść na Howerlę jeszcze raz, bo to była jedyna bezpieczna droga zejścia. Tym razem nie mieliśmy juz tyle siły i człapaliśmy powoli krok za kroczkiem brodząc w głębokim śniegu. Zanim weszliśmy na szczyt, drugi raz tego dnia, na górze nie było juz prawie nikogo. Spotkaliśmy tylko jednego Ukraińca, który był niezmiernie ciekawy skąd przyszliśmy i jaki cudem dostaliśmy się na Howerlę od tej strony….

Howerla
Howerla

Powrót

Zejście też nie okazało się łatwe. Żałowaliśmy, że nie zaopatrzyliśmy się w raki, które w takich warunkach naprawę by się przydały. Zamiast tego, te najbardziej strome fragmenty szlaku zjeżdżaliśmy…. na tyłkach i na butach – inaczej ciężko byłoby zachować równowagę i nie przewrócić się. Mimo wszystko zejście poszło nam bardzo sprawnie.

Howerla

Pozostało tylko w jakiś sposób dostać się do samochodu. Na parkingu w Zaroślaku był już tylko jeden samochód. Weszliśmy do turbazy i zapytaliśmy, czy ktoś mógłby nas odwieźć, odpłatnie oczywiście. Pani z “recepcji” powiedziała, że są dwie możliwości: albo pojadą “nasi” za 400 hrywien, albo może zamówić “taksówkę” za 500 hrywien. Chcieliśmy wybrać pierwszą opcję, ale okazało się że “naszym”, kimkolwiek byli, nie chciało się ruszać. Nie chcieliśmy czekać na taksówkę, bo nie wiadomo ile mogłoby to zejść, ruszyliśmy więc piechotą. Po drodze minęliśmy trzy pełne busy – jeden z nich zakopał się i blokował przejazd – dobrze że nie zamówiliśmy taksówki, bo nie wiadomo, czy w ogóle by dotarła. Po przejściu około dwóch kilometrów busy jednak nas minęły, czyli jednak udało im się odkopać. A po kolejnych dwóch kilometrach zatrzymał się obok nas samochód, którym jechali lokalsi z Czerkasów – mimo że samochód był pełny, jakimś cudem udało nam się upchać z tyłu i dojechać do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód. A stąd już żadna ukraińska droga nie wydawała nam się straszna….