Powiem wprost: z Kościołem Katolickim mi nie po drodze. Zostałam wychowana w bardzo katolickiej rodzinie, i przez wiele lat bardzo aktywnie uczestniczyłam w życiu kościoła. Chodziłam na msze nie tylko w niedzielę, ale też w ciągu tygodnia, w czasie mniej ważnych świąt, jak wspomnienia świętych itp, a także na różne nabożeństwa (różaniec, majówka, roraty itp), chodziłam na pielgrzymki, byłam też w oazie. W mojej rodzinie restrykcyjnie podchodziło się do kwestii religii (jak np. zachowywania postu) i modlitwy. Dobrze znam religię katolicką, zarówno teorię jak i praktykę oraz środowisko “zagorzałych” katolików. W związku z tym czuję się upoważniona do tego, aby móc się krytycznie na ten temat wypowiadać.
W katolicyzmie – wśród wiernych, wśród kapłanów i tak ogólnie brakuje mi przede wszystkim… wiary. Katolicyzm w Polsce to dla mnie tradycja, kultura, obrządki, nakazy i zakazy, a także polityka i pieniądze (tak, tak, te dwa ostatnie są nieodłącznie związane z katolicyzmem w Polsce). Zupełnie inaczej przedstawia się to w prawosławiu, religii, którą niezwykle szanuję. Cenię ją przede wszystkim za niezwykłą szczerość i brak obłudy. W krajach, w których dominującą religią jest prawosławie, nie ma społecznego nacisku na to, by chodzić do świątyni. Chodzą ci, którzy naprawdę wierzą i naprawdę tego chcą, a nie dlatego, że boją się reakcji rodziny czy znajomych (czyli popularne u nas “bo co ludzie powiedzą” albo “bo tak wypada”). Dlatego w cerkwi już od progu czuć atmosferę skupienia, modlitwy. Podczas gdy w kościele katolickim nie trzeba się nawet rozglądać by dostrzec znudzone i zniecierpliwione twarze, rozproszoną uwagę, ludzi obserwujących stroje i zachowanie innych, drobne pogaduszki a nawet chichoty. W wielu miejscach, szczególnie na wsiach, w środowiskach, które uważane są za bardzo religijne, wyjście do kościoła stało się wypadem towarzyskim, okazją do plotek. Do kościoła chodzi się, żeby po pierwsze się pokazać, a po drugie spotkać się ze znajomymi. W czasie mszy, a szczególnie w czasie kazania, zamiast słuchać i kontemplować, wierni często mówią różaniec (starsze panie) lub pozwalają swoim myślom odpływać, co od razu da się zauważyć. Panuje sztywna atmosfera, ale kojarzy mi się ona raczej z musztrą wojskową czy reżimem szkolnym; cisza wynika z odgórnego nakazu, a nie z potrzeby serca. Kolejną sprawą jest też ubiór: w kościele często widzę panie w głębokich dekoltach, odsłoniętych ramionach, krótkich spódniczkach – to coś, co w cerkwi jest niedopuszczalne.
Mimo że na co dzień nie chodzę do kościoła, to kilka lat temu spędzając Wielkanoc w Daugavpils na Łotwie, postanowiłam dla odmiany zobaczyć, jak celebruje się to święto w tradycji prawosławnej. Był to pierwszy raz, kiedy uczestniczyłam w prawosławnym nabożeństwie i muszę powiedzieć, że to było najbardziej magiczne i religijne przeżycie w całym moim życiu.
Celebrowanie Wielkanocy rozpoczyna się już w Wielką Sobotę wieczorem. I już od progu świątyni czuć, że dzieje się coś niesamowitego, ludzie przepychają się by być jak najbliżej ołtarza (jak na jakimś koncercie rockowym!), wszyscy zgromadzeni są autentycznie podekscytowani tym, co ma się za chwilę stać – Zmartwychwstaniem.
Jeszcze na studiach mieliśmy przedmiot o wdzięcznej nazwie “Kultura duchowa Słowian”, który skupiał się właśnie na religii prawosławnej. Przedmiotu uczył duchowny prawosławny, który ze względu na swoją nietypową osobowość często stawał się tematem żartów. Doktor K. był człowiekiem bardzo staroświeckim i niedzisiejszym, ale o bardzo łagodnym i pogodnym usposobieniu. Niestety, chyba właśnie ze względu na swoją religię, był dosyć łatwowierny, co oczywiście nie było odpowiednią cechą dla wykładowcy akademickiego i nie przysparzało mu posłuchu i szacunku wśród studentów.
Na jednym z wykładów doktor K. opowiadał o hezychazmie, czyli w dużym uproszczeniu praktyce nieustannej modlitwy, która odbywa się w sercu głęboko wierzących. Hezychaści, jak mówił doktor K., wielbią Boga z każdym biciem serca, z każdym oddechem. Taka teoria nam, młodym studentom, była zupełnie obca i niezrozumiała, no i niestety wydawała się po prostu śmieszna. Dopiero po wielkanocnym nabożeństwie w cerkwi zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi.
Podczas nabożeństwa chór, kapłan i wierni wielokrotnie powtarzają wersy modlitewnych pieśni, co jakiś czas wykonując trzykrotnie znak krzyża i kłaniając się Bogu. Towarzyszy temu zapach palonego kadzidła, który uderza do nozdrzy i do mózgu, tworząc ze wszystkim razem niesamowitą atmosferę. Po kilku godzinach takich modlitw, przez cały kolejny tydzień podświadomie powtarzałam w głowie wersy modlitwy. Działo się to zupełnie poza moją świadomością, a rytm tej modlitwy wyznaczał mi kroki, długość spojrzenia i inne czynności. To właśnie chyba o tym mówił dr K. mówiąc o hezychazmie. Niesamowite, jak potrafiło wniknąć w moją świadomość! Tym bardziej, że było to niejako automatyczne i bezwiedne, ale jednocześnie nie bezmyślne.
Nabożeństwo Wielkanocne rozpoczęło się w sobotę późnym popołudniem (ja przyszłam do świątyni ok. 20.00-21.00) i trwało do rana (wyszłam ok. godz. 3.00, ale wiele osób jeszcze pozostało). O północy odbyła się procesja (trzy razy wokół świątyni), i właśnie od tego momentu można było mówić o Zmartwychwstaniu Jezusa.
W Wielkanoc chrześcijanie używają powitania: Chrystus Zmartwychwstał! Odpowiada się na nie: Zaprawdę Zmartwychwstał! U katolików słowa te, czy to wypowiadane przez kapłana, czy przez wiernych, są tylko regułką, wypowiadaną bez jakichkolwiek emocji, takim samym tonem jak oznajmia się, że obiad jest na stole. Prawosławni zaś, mówiąc, a wręcz nawet wykrzykując “Christos voskresje” cieszą się tak, jakby oznajmiali światu, że właśnie wygrali szóstkę w totka. Dla nich to jest prawdziwa, autentyczna radość, że Jezus naprawdę zmartwychwstał. Te szczere emocje widać od razu na ich twarzach, w ich oczach, w ich gestach. Ta radość jest prawdziwa, bo wiara, że to się stało, i dzieje się co roku w sercach i umysłach wiernych, jest prawdziwa.
Pamiętam, wiele lat później, poznałam pewnego muzułmanina, który większość życia mieszkał w muzułmańskiej Syrii. Pewnego dnia niezwykle podekscytowany wysłał mi film o teorii ewolucji z pytaniem, czy kiedykolwiek o tym słyszałam. Odpowiedziałam, że jasne, przecież tego uczy się dzieci w szkole. Muzułmanin ów nie mógł w to uwierzyć bo nigdy wcześniej o tym nie słyszał, zagłębił się jednak w temat i poznał naukowe dowody na poparcie tej teorii, co całkowicie złamało jego światopogląd i jego wiarę. Pytał mnie: skoro wy katolicy uczycie się tego w szkołach, jak możecie być dalej katolikami wiedząc, że człowiek pochodzi od małpy i że gatunek ludzki wcale nie zaczął się od stworzenia Adama i Ewy w Raju? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że dla katolików Biblia raczej nie jest dosłownym zapisem dziejów i że nawet Kościół Katolicki zgodził się z teorią ewolucji. Farok nie mógł tego pojąć i między innymi to stało się przyczyną porzucenia przez niego islamu, który teksty świętych ksiąg rozumiał dosłownie.
Przypomniało mi to też film pt. “The Body” (“Ciało”), z Banderasem w roli księdza-archeologa, który dowiaduje się, iż na wykopaliskach w Ziemi Świętej najprawdopodobniej odkryto szczątki Jezusa, co zaprzeczyłoby jego zmartwychwstaniu i mogło doprowadzić do upadku Kościoła Katolickiego. Zastanówmy się, czy odnalezienie kości Jezusa zachwiałoby wiarą katolików? Szczerze mówiąc – wątpię. Owszem, katolicy wierzą w zmartwychwstanie, ale równie dobrze mogło by ono być symboliczne.
I mimo że właśnie to symboliczne rozumienie Biblii wydaje się być rozsądnym podejściem, to jednak wspaniale było patrzeć z jaką wielką wiarą i nadzieją prawosławni podchodzą do kwestii Zmartwychwstania.




Dodaj komentarz