W zasadzie w naszym planie podróży nie uwzględniliśmy południowego wybrzeża Wyspy Południowej, ale wyjeżdżając z okolicy Milford Sound pomyśleliśmy “dlaczego by nie?” W końcu bardziej na południe w najbliższym czasie na pewno nie pojedziemy. W nawigacji ustawiliśmy więc cel: Te Waewae Bay, by później udać się jeszcze wzdłuż południowego wybrzeża do Invercargill.

Drogi w Nowej Zelandii, szczególnie te na Południowej Wyspie, delikatnie mówiąc nie należą do najczęściej uczęszczanych. A ta z Milford Sound na południe była jeszcze mniej uczęszczana niż pozostałe. Nic dziwnego, w całym Southland na powierzchni ok. 32 tys. kilometrów kwadratowych mieszka nieco ponad 90 tys mieszkańców – dla porównania na terenie województw: śląskiego i dolnośląskiego, o łącznej powierzchni ok. 32 200 km kwadratowych mieszka prawie 7,5 mln osób!.

Jechaliśmy przez Tautapere, mimo że nawigacja nam to odradzała. Po drodze minęliśmy jeszcze delikatne wzniesienia Brunel Peaks, by zbliżać się powoli do coraz bardziej płaskiego terenu – z widokiem gór na naszej trasie musieliśmy się pożegnać na kilka najbliższych dni. Wioski, przez które przejeżdżaliśmy składały się zazwyczaj z zaledwie kilkunastu lub kilkudziesięciu niziutkich i niedużych domów, a widoki przypominały trochę krajobraz znany z filmów o Ani z Zielona Wzgórza: zielone klify na tle ciemnego, pochmurnego nieba, wzburzone morze i silny wiatr.

Southland NZ

Zatoka Te Waewae

Zatoka Te Waewae to słynne miejsce do obserwacji ssaków morskich. Ponoć można tu zobaczyć orki, delfiny, foki i wiele innych zwierząt. Wypatrywaliśmy godzinami, smagani mocnym zimnym wiatrem, jakichkolwiek kształtów przypominających płetwy, na horyzoncie jednak jak na złość nic się nie pokazywało. Fajnie było jednak patrzeć w ten horyzont z myślą, że dalej jest już tylko Anytarktyda – kolejne, póki co nierealne marzenie do spełnienia.

Te Waewae

Na jednej z plaż za to spotkaliśmy pana, który wydawał się być poszukiwaczem złota lub kamieni szlachetnych. Specjalną maszyną przesiewał materiał z niewielkiego strumyka wpadającego na plażę, w poszukiwaniu skarbów. W końcu Nowa Zelandia niegdyś słynęła z wydobycia złota. Swoją drogą ciężka, ale ciekawa praca. I jaki wpis w CV – zawód: poszukiwacz złota! Mężczyźnie towarzyszył pies, jak każdy inny spotkany przez nas w NZ stęskniony towarzystwa. Wystarczyło schylić się po patyk, by nie opędzić się od niego przez następne 40 minut. A w międzyczasie, na owej plaży ja znalazłam swoje skarby, czyli mnóstwo muszelek. Jak się później okazało, plaża ta nazywała się Gemstone Beach.

Monkey Island

Na południowym krańcu zatoki, niedaleko od brzegu znajduje się niewielka wysepka zwana nie wiadomo dlaczego Monkey Island. W czasie odpływu można do niej łatwo dotrzeć nawet o suchych stopach, trzeba jednak wcześniej sprawdzić kiedy pojawi się przypływ, aby móc bezpiecznie wrócić na stały ląd (chociaż odległość nie jest duża, wiec dla wprawnego pływaka nie powinno to stanowić problemu). Wyspa ponoć była niegdyś punktem obserwacyjnym dla mieszkających tu Maorysów, dzisiaj zresztą też stanowi dobry punkt widokowy. Na lewo od wyspy natomiast, przy brzegu, piętrzą się sterty dużych kamieni, na których jak wiadomo lubią wylęgiwać się choćby foki. My żadnej foki wprawdzie nie zobaczyliśmy, mieliśmy za to okazję podziwiać wtedy jeszcze niezidentyfikowany przez nas gatunek ptaka, który po późniejszym googlowaniu okazał się być (najprawdopodobniej) kormoranem. Wśród wspomnianych kamieni natknęliśmy się też na niezwykłe znalezisko: ogromny kieł, wraz z czymś co prawdopodobnie było częścią dziąsła, należący (chyba) do lwa morskiego. Kamienie te, plaża i wyspa zapewne kryły jeszcze więcej skarbów, a można by je odnaleźć zatrzymując się tu na dłużej na pobliskim kempingu.

Monkey Island
Southland

Invercargill – miasto widmo

W końcu, zmarznięci i zmęczeni wiatrem ruszyliśmy do Invercargill. Jest to najbardziej wysunięte na południe miasto Nowej Zelandii i jedno z najbardziej wysuniętych na południe zamieszkanych miejsc na świecie, a że lubię takie “naj”, to żal było tam nie pojechać. Jednak przemysłowe, szaro-bure miasto, z mnóstwem odrapanych, opuszczonych budynków od początku nie sprawiało dobrego wrażenia. Wydawało się być prawie zupełnie niezamieszkane i opustoszałe. Gdy dotarliśmy tam, około godz. 18.00, na ulicach w centrum miasta nie było żywego ducha. Zameldowaliśmy się w hotelu i wyszliśmy “pozwiedzać” okolicę. Oprócz kilku murali jednak w mieście tym nie było nic ciekawego do zobaczenia, a do tego, częściowo też przez pogodę i gęste czarne chmury wiszące nad miastem, panował klimat jak z horroru. Pospacerowaliśmy trochę, zjedliśmy obiad w pewnej burgerowni na modłę restauracji fast food i wróciliśmy do hotelu z postanowieniem, że rano wyjeżdżamy stąd jak najszybciej to możliwe.

Invercargill
Murale w Invercargill
Invercargill
Tabliczka na jednym ze sklepów.
Mam wrażenie, że takie podejście jest dość powszechne w Nowej Zelandii 🙂