Aby dojechać z Wanaki do Queenstown można wybrać jedną z dwóch tras: krótszą, ale bardziej “wymagającą” (w zimie potrzebne są łańcuchy na opony) prowadzącą przez pasmo górskie Crown Range, lub dłuższą, przez Cromwell. Oczywiście wybraliśmy tą pierwszą, spodziewając się ciekawych widoków i oczywiście nie zawiedliśmy się. Droga prowadziła przez góry, a tergo typu roślinność, o zielonkawo-żółtym kolorze w Nowej Zelandii widzieliśmy po raz pierwszy.

Queenstown
Queenstown to jeden z najsłynniejszych ośrodków narciarskich na południowej półkuli. Być może dlatego wielu Polaków, którzy odwiedzili to miasto wspomina niemalże “zakopiańską” atmosferę. Coś w tym jest, panuje tutaj taki wakacyjny klimat, całe miasto w zasadzie nastawione jest na turystykę. W centrum Queenstown – całkiem klimatycznym miejscu, pełnym wąskich uliczek z niskimi zabudowaniami, ale bardzo też nastawionym na turystów pełno było agencji turystycznych, sklepików z pamiątkami i sklepów odzieżowych, restauracji i kawiarni. Sami daliśmy się skusić i kupiliśmy kilka rzeczy: naszyjnik z nowozelandzkiego złota, czapkę i sweter z owczej wełny i kilka drobiazgów. Wszystko to, chociaż nie najtańsze, to naprawdę dobrej jakości, i wcale nie “Made in China”.
Zanim jednak mogliśmy pospacerować po centrum miasta, pierwsze wyzwanie, jakie czekało na nas w Queenstown to znalezienie miejsca parkingowego. A te, nie dość że ciężko znaleźć, to jeszcze kosztują fortunę. Jeździliśmy więc tak w kółko po mieście przez blisko godzinę, a jazdę utrudniały nam jeszcze liczne uliczki jednokierunkowe, zakazy wjazdu i różne ograniczenia. Po Queenstown zdecydowanie lepiej poruszać się pieszo! W końcu jednak udało nam się znaleźć wolne miejsce parkingowe w pobliżu słynnej kolejki – Skyline Gondola.

Skyline Queenstown Gondola
Trochę wysiedzieliśmy się w samochodzie, chcieliśmy trochę rozprostować nogi, a poza tym trochę szkoda nam było wydać 20NZ na kolejkę, postanowiliśmy więc udać się w górę piechotą. Zresztą po Roy’s Peak mieliśmy już wyćwiczone mięśnie. Nie przemyślałam jednak tego do końca, bo ubrana byłam w sandały bez pięty, a wkrótce zaczął padać delikatny deszcz. Tym samym stałam się turystką, jakich sama często piętnuję: w klapeczkach pod górę! Nie było jednak rady, skoro raz postanowione, musieliśmy wejść na górę, a z powrotem postanowiliśmy juz zjechać kolejką.
Na szczycie Bob’s Peak czekał na nas widok na Queenstown, Jezioro Wakatipu i okolicę. Wszystko to można było podziwiać z nowoczesnego kompleksu turystycznego, z restauracją z przepięknym tarasem, kawiarnią, sklepikami i wszysytkim czego dusza zapragnie. Z góry można było zjechać małymi samochodzikami – luge bądź na rowerach.
Gdy przyszedł czas na powrót jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że na górze… nie można kupić biletów! Nowozelandczycy nie przewidzieli takiej możliwości, że ktoś będzie chciał wejść na górę pieszo, a zjechać kolejką. I co tu zrobić? W takim błocie, jakie teraz panowało na szlaku i moich butach nie miałam ochoty schodzić, bo na pewno nie obyłoby się od upadku, a na żadne zwichnięcie czy skręcenie nogi nie mogłam się narazić – wszak przed nami było jeszcze dwa tygodnie podróży! W poszukiwaniu punktu, w którym moglibyśmy kupić bilet na kolejkę zauważyliśmy jednak, że nikt tych biletów nie sprawdza, nie było też żadnych bramek ani żadnej kontroli. Było mi trochę wstyd – i szczerze jest mi wstyd do dzisiaj, bo wiem że karma mnie kiedyś za to dopadnie, ale wsiedliśmy do gondoli bez biletu. Mam nadzieję, że kiedyś będę się mogła za to jakoś odpłacić!
U stóp Skyline Gondola znajduje się park przyrodniczy, gdzie można zobaczyć między innymi kiwi, ale z tych emocji, zupełnie o tym zapomnieliśmy i ruszyliśmy na miasto.

Kuchnie świata
Jeśli chodzi o gastronomię, to bogaty wybór restauracji zaspokoi nawet najbardziej wysublimowane gusta. W Queenstown można spróbować kuchni z całego świata, od steków po tajskie pad thai. Zdecydowaliśmy się na chińszczyznę – miałam okropną ochotę na pierożki, a mała chińska knajpka doskonale spełniła moje oczekiwania. Niebo w gębie!
Jezioro Wakatipu
Po jedzeniu przyjemnie było usiąść nad brzegiem jeziora Wakatipu i tam odpocząć. Jest to najdłuższe jezioro w Nowej Zelandii (75 kilometrów długości) i jedno z najgłębszych – jego głębokość sięga średnio 360 metrów. Co ciekawe, jego unikalną cechą jest to, że poziom wody zmienia się o około 20 cm nawet kilka razy dziennie! Ponoć spowodowane jest to wahaniami temperatury i ciśnienia atmosferycznego, i jest to niespotykane wśród innych jezior w Nowej Zelandii.
Na dnie jeziora spoczywa wiele statków, które niegdyś odgrywały dużą rolę w osadnictwie w okolicach jeziora. Pozostałością dawnych czasów jest parowiec TSS Earnslaw, który już od ponad stu lat pływa po wadach jeziora Wakatipu. Jest on ostatnim eksploatowanym pasażerskim parowcem z kotłami opalanymi węglem na półkuli południowej.


Ogrody botaniczne w Queenstown
Jak to w każdym dużym nowozelandzkim mieście również i Queenstown pochwalić się może nie tylko kolejką, ale i ogrodami botanicznymi. Te w Queenstown położone są nad jeziorem, co tylko dodaje im uroku. Zobaczyć tu można między innymi ogromne drzewa z gatunku mamutowców (sequoiadendrum) i wiele innych pięknych gatunków roślin. Co ciekawe, w ogrodach działa Queenstown Bowling Club, jest też boisko do gry w kule. Gra ta cieszy się tutaj bardzo dużą popularością, choć dla nas po kilkunastu minutach obserwacji zasady wciąż były nie do końca jasne. A oprócz tego korty tenisowe, skate park, boisko do frisbee, a nawet kryte lodowisko.

Stolica sportów ekstremalnych
Queenstown znane jest nie tylko jako kurort narciarski ale też stolica sportów ekstremalnych. O ile się ma gruby portfel atrakcji tu nie brakuje. Można skakać na bungee (które ponoć właśnie tu zostało wynalezione), pływać łódkami po jeziorze albo spróbować white-water rafting, czyli spływów górskich i całej gamy innych sportów ekstremalnych, takich jak skydiving, paragliding, jet-skiing i wiele innych. Możliwości naprawdę jest sporo, ale ceny, jak na nasze polskie portfele do najniższych nie należą.
W pobliżu Queenstown jest też wiele szlaków trekkingowych, jest to też baza wypadowa do Milford Sound, o którym przeczytacie w kolejnym wpisie.
Z Queenstown wysłaliśmy pocztówkę do Polski. Jak się okazało, na miejsce dotarła po ponad miesiącu!




Dodaj komentarz