Półwysep Otago to ponoć jedno z najlepszych miejsc w Nowej Zelandii do obserwacji dzikich zwierząt. Można tu zaobserwować mnóstwo gatunków ptaków, w tym albatrosy i pingwiny, a także foki i lwy morskie, więc jakoś nie trzeba mnie było specjalnie zachęcać, by spędzić tam trochę czasu, tym bardziej że z Dunedin mieliśmy tylko kawałek drogi.
I to jakiej drogi! Wąziutkiej, prowadzącej tuż nad brzegiem zatoki, miejscami bardzo krętej i oczywiście bez żadnych barierek czy jakichkolwiek zabezpieczeń, co mnie zawsze, mimo że nie nie jestem kierowcą, wprowadza w duży dyskomfort… Ale jak się okazało, miejsce to było warte zachodu, bo choć może nie wyróżniało się niczym spektakularnym (no może oprócz tego, że to właśnie tutaj znajduje się jedyny zamek w całej Nowej Zelandii – Larnach Castle), to zachwycił mnie jego klimat – taki spokojny, błogi, sielski.
Po drodze mijaliśmy zarówno luksusowe wille, jak i małe domki, przy których obowiązkowo stały skrzynki na listy. W ogóle, skrzynki na listy są w Nowej Zelandii wszechobecne i zawsze zastanawiało mnie, czy Nowozelandczycy tak lubią korespondować? Zaczęłam googlować na ten temat, ale nie znalazłam nic ciekawego oprócz stwierdzenia, że jeśli chcesz aby twoja poczta do ciebie dotarła, musisz mieć skrzynkę postawioną w widocznym i łatwo dostępnym miejscu. Fakt, niektóre domy są położone w dosyć odległych i trudno dostępnych lokalizacjach, a ich skrzynki pocztowe po prostu stoją przy drodze głównej, może więc to ułatwia listonoszom zadanie. Tak czy inaczej mieszkańcy Nowej Zelandii kochają swoje skrzynki i często prześcigają się w ciekawym designie. Są nawet organizowane konkursy na najfajniejsze skrzynki. I muszę przyznać, że nawet te najzwyklejsze wyglądają super.
Wracając do Półwyspu Otago, pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, a to świeciło piękne słońce, a to zaraz całe niebo zasnuwały chmury, a nad zatokę opadała mgła. W niektórych miejscach woda w zatoce była naprawdę płytka, a w czasie odpływu niemal zupełnie znikała. Zatoka ta, oddzielająca półwysep Otago od reszty wyspy, nazywana jest Otago Harbour – bo kształtem swoim tworzy naturalny port. Mniej więcej w połowie jej długości znajdują się trzy wyspy: Quarantine Island, Goat Island i Pudding Island. Na ostatnią z nich można czasem nawet przejść na piechotę. Całe to miejsce wraz z okolicznymi niskimi, zielonymi pagórkami przypominało nieco… Shire z Władcy Pierścieni. No, może poza morzem, którego tam przecież nie było ; )
Jeździliśmy po półwyspie, czasami trafiając na ślepe uliczki i zatrzymywaliśmy się co i rusz w zatoczkach i na plażach, wypatrując zwierząt. Pingwinów nie spotkaliśmy, ale o to trudno w ciągu dnia, bo przebywają wtedy na morzu, za to widzieliśmy wylegujące się na skałach foki (które czasami ciężko odróżnić od skał, dopóki nie zaczną się ruszać) oraz mnóstwo różnych gatunków ptaków. Widzieliśmy też albatrosy. Nie zdecydowaliśmy się odwiedzić Royal Albatross Centre, który znajduje się na samym końcu półwyspu, i do którego wstęp kosztuje kilkadziesiąt dolarów. No ale w końcu można przecież po prostu obserwować albatrosy latające nad zatoką i przysiadujące na skałach.
Ech, zazdroszczę tym Nowozelandczykom, że wszędzie dookoła mają takie piękne miejsca na wyciągnięcie ręki!















Dodaj komentarz