Jednym z moich największych marzeń od dawna było zobaczenie pingwina w jego naturalnym środowisku, a nie w żadnym ogrodzie zoologicznym Okazja ku temu nadarzyła się w Nowej Zelandii, bo choć niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, to właśnie tutaj można spotkać kilka gatunków pingwinów.

Prawie tak jak w filmie

W celu zobaczenia pingwinów udaliśmy się do Oamaru, na pacyficznym wybrzeżu Wyspy Południowej. Tutaj opowiedzieć muszę o niezwykłym miejscu, w jakim przyszło nam spać. Przez Booking.com zarezerwowaliśmy nocleg w pensjonacie w niewielkiej odległości od Oamaru. Długo błądziliśmy po bezdrożach, wśród pól, łąk i pastwisk, w poszukiwaniu tego adresu. W okolicy było tylko kilka farm i żadnej żywej duszy, której moglibyśmy zapytać o drogę. Zatrzymaliśmy się więc w pobliżu kościoła, przy którym zauważyliśmy kilka samochodów. Na spotkanie z przykościelnego budynku wyszła mała Azjatka. Zapytaliśmy ją o nasz pensjonat. “To tutaj” – odpowiedziała. Podłużny budynek, który dzielił ścianę z kościołem, a który mylnie wzięłam za plebanię, okazał się być niewielkim i bardzo przerażającym hotelikiem. Pracowali tu sami Azjaci, którzy mówili do nas niemal szeptem, a wewnątrz panowała atmosfera dokładnie taka jak w kościele, którą jeszcze potęgował wystrój w stylu wiktoriańskiej Anglii. Strach się było w ogóle odezwać głośno. Co gorsze nasz pokój znajdował się tuż przy kościele, dosłownie za ścianą była zakrystia. To naprawdę mógłby być początek jakiegoś niezłego horroru…

Oamaru

Samo Oamaru natomiast to niewielka mieścina, położona nad brzegiem Oceanu Spokojnego. Nie spędziliśmy tu zbyt wiele czasu – przyjechaliśmy wieczorem, w sam raz żeby zdążyć pooglądać pingwiny, i ruszyliśmy dalej zaraz następnego ranka. Oprócz kolonii pingwinów błękitnych miasteczko raczej nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że większość nazw ulic w Oamaru pochodzi od nazw rzek w Anglii (np. główna ulica to Thames Street). W okolicach Oamaru zostały też odkryte szczątki moa – ogromnego ptaka nielota, niegdyś endemicznego gatunku Nowej Zelandii, obecnie wyginiętego. Jednak to, z czego najbardziej słynie to miasto to właśnie kolonia pingwinów błękitnych.

Kolonia pingwinów błękitnych

Kolonia pingwinów błękitnych żyje znajduje się nieopodal portu, blisko centrum miasta i bardzo łatwo tam dotrzeć. Co to właściwie jest? Nie jest to miejsce w stylu ogrodu zoologicznego, gdzie zwierzęta są trzymane w klatkach. W kolonii żyją dzikie zwierzęta, w tym przypadku pingwiny, które prowadzą swój naturalny styl życia, a ingerencja człowieka jest ograniczona do minimum. Pracownicy prowadzą badania i obserwacje, które pozwalają na lepsze poznanie tego gatunku i jego ochronę.

Pingwiny błękitne to bardzo małe ptaki – są najmniejszym gatunkiem pingwinów i mierzą zaledwie 30 cm. Żyją średnio około 8-10 lat, choć najstarszy osobnik z kolonii w Oamaru miał aż 21 lat! Pingwiny błękitne mogą pływać z prędkością 8 kilometrów na godzinę. W poszukiwaniu pożywienia nurkują każdorazowo tylko na około 20-30 sekund, za to robią to około 800 razy dziennie! Na morzu zazwyczaj poruszają się pojedynczo, za to na brzeg wracają w grupach, liczących od kilku do 100 osobników. Co ciekawe, pingwiny te mają swoisty język: wydają różne dźwięki by przywołać się nawzajem lub bronić swojego terytorium. Na lądzie aktywne są w zasadzie tylko w nocy – rano wypływają w morze w poszukiwaniu pożywienia, a do swojego domu wracają dopiero wieczorem, po zachodzie słońca, dlatego też przyjazd do kolonii najlepiej zaplanować sobie na wieczór. W ciągu dnia można zobaczyć pingwiny które wysiadują jaja lub zajmują się młodymi, ale tylko w okresie lęgowym. Podczas wieczornego wejścia natomiast, można podglądać pingwiny w czasie, gdy po całym dniu wracają z morza do domu.

Jak to wygląda? Otóż odwiedzający odpowiednio wcześniej usadzani są w swego rodzaju pół-amfiteatrze, tuż nad brzegiem morza. Na miejscu trzeba zachowywać się bardzo cicho, nie wolno chodzić, wykonywać gwałtownych ruchów aby nie przestraszyć pingwinów. Niestety, nie wolno też robić zdjęć ani nagrywać filmów.

Powrót pingwinów to prawdziwy spektakl, który naprawdę trzeba zobaczyć. Pingwiny najpierw zbierają się w grupach w wodzie. Gdy zbierze się już grupa kilkunastu osobników, wszystkie razem wychodzą na brzeg i powoli wspinają się po skałach. Przy okazji zaobserwować można, jak te zwierzęta troszczą się o siebie – gdy słabsze osobniki nie mogą poradzić sobie z wdrapaniem się na skały, silniejsi wracają po nie i starają się im pomóc. Po wdrapaniu się na górę, pingwiny rozbiegają się do swoich legowisk. Czasami niektórym zdarza się jednak zabłądzić i potrafią nawet wejść do amfiteatru i spacerować między nogami zachwyconych, ale i sparaliżowanych widzów. Sami mieliśmy to szczęście, że pingwiny przeszły obok nas. Trzeba jednak pamiętać, że mimo wszystko są to dzikie zwierzęta, nie wolno więc probować ich głaskać czy karmić.

Wszystko to trwa nawet 2-3 godziny, i ciężko jest powiedzieć kiedy pingwiny zaczną przypływać, dlatego trzeba się ciepło ubrać i uzbroić w cierpliwość. My na przybycie pingwinów czekaliśmy około 30-40 minut. Niektóre osoby, szczególnie te z małymi dziećmi, rozchodziły się gdy przybyła pierwsza grupka pingwinów, my zostaliśmy do samego końca. I nie dość że zobaczyliśmy całkiem sporo pingwinów na terenie kolonii, to jeszcze gdy wychodziliśmy, napotkaliśmy kilka na swojej drodze! Jakby nigdy nic spacerowały sobie po prostu po okolicy!

Czy warto płacić za wstęp do kolonii?

Mimo tego, że jak się okazało pingwiny można było zobaczyć nawet poza kolonią to jednak naprawdę warto zapłacić za wstęp. Po pierwsze, na miejscu można się dużo nauczyć o tych ptakach i ich zwyczajach, po drugie wspieramy kolonię, która opiekuje się tymi zwierzętami w odpowiedzialny sposób, prowadzi kampanie edukacyjne i badania naukowe, które warto wspierać.

Pingwiny błękitne w Oamaru
Malutkie pingwiny błękitne, które spotkaliśmy na drodze, wracając wieczorem do domu.