Po zobaczeniu lodowców Fox i Franz Josef, chcieliśmy pojechać w kierunku znajdującej się niedaleko najwyższej góry nowej Zelandii – Mount Cook. O my naiwni! Mimo że w lini prostej odległość była niewielka (jakieś 40km), w rzeczywistości nie było tam żadnej drogi, która mogłaby nas doprowadzić na miejsce. Aby tam dotrzeć musielibyśmy zrobić niezłe koło i przejechać ponad 450 kilometrów. Udaliśmy się więc na nocleg w kierunku Haast, by później, następnego dnia pojechać do Wanaka.

Haast

Na mapie, którą miałam, Haast zaznaczone było dosyć dużą kropką, spodziewałam się więc całkiem dużej miejscowości. Jechaliśmy więc sobie spokojnie malowniczą drogą numer 6, myśląc, że nie możemy go przegapić, po drodze nie mijając właściwie niczego co powstałoby z ludzkiej ręki. W pewnym momencie po prawej stronie mignęło nam kilka zabudowań. Ok, pewnie dojechaliśmy do celu, więc teraz jedziemy do centrum – pomyśleliśmy. I tak jechaliśmy i jechaliśmy, i znowu wokół nas tylko przyroda. Nie może być! Czyżby te kilka domów to było to Haast? Zawróciliśmy więc nie mogąc uwierzyć własnym oczom, ale okazało się, że faktycznie to było nasz Haast. W całej osadzie mieszka zaledwie 200 osób, a zabudowania zlokalizowane są w trzech osiedlach: Haast township, Haast Junction i Haast Beach. Mimo tak niewielkiej społeczności, w miasteczku funkcjonuje szkoła podstawowa i posterunek policji, jest mały sklepik, dwie restauracje, kilka obiektów noclegowych i, co dla nas było w tym momencie najważniejsze, stacja benzynowa. Na szczęście udało nam się znaleźć miejsce noclegowe w jednym z pensjonatów. Pokoje były malutkie i bardzo ubogo wyposażone, a w łazience prysznic z ciepłą wodą można było brać… tylko przez 5 minut. Po tym czasie woda była lodowata!

Haast Beach

Gdy dojechaliśmy do Haast było późne popołudnie, a że w “miasteczku” nie było co robić, pojechaliśmy na pobliską plażę. I tak jadąc przez okolicę zastanawiałam się, jak się żyje na takim odludziu? Przecież tam nie ma nic! Nie można pójść do kina, na zakupy, na kręgle – cokolwiek. Czy przez to żyje się trudniej? A może właśnie życie jest łatwiejsze? Z drugiej strony, mając wokół siebie takie cuda natury, czego więcej chcieć od życia?

Plaża w Haast okazała się wręcz dziewicza i zupełnie niezadeptana, szeroka, piaszczysta, ciągnąca się kilometrami. A na niej tylko kilka osób. W pobliżu zaparkował jeden kamper – miejsce na biwak idealne.

Zachód słońca. Cisza, spokój. Słychać tylko szum wal. Chyba mogę zrozumieć ludzi, którzy tu mieszkają.

Haast
Haast

Haast Pass

Następnego dnia rano wyjechaliśmy w kierunku Wanaka. Droga numer 6, dobrze już nam znana, przemierzała Haast Pass – przełęcz Haast To jedna z trzech dróg, która prowadzi przez Alpy Południowe. Droga najpierw prowadziło wzdłuż rzeki Haast, a później wzdłuż rzeki Makarora. Niesamowite turkusowo-błękitne wody i kamieniste dno Haast River wskazywały na pochodzenie polodowcowe. Po drodze zatrzymaliśmy się w kilku miejscach, bo naprawdę nie dało się koło nich przejechać obojętnie, podziwiając przede wszystkim rozlewiska rzeki i liczne wodospady.

Haast River

Blue Pools

Jednym z takich miejsc, które napotkaliśmy po drodze były Blue Pools – rozlewiska rzeki Makarora, które tworzyły swego rodzaju naturalne baseny z turkusową lodowcową wodą, nad którymi można było przechodzić podwieszanymi mostami. Woda tu jest tak czysta, że z łatwością można zobaczyć dno i obserwować pływające w niej ryby, w szczególności “brown trout” czyli gatunek pstrąga. Widok niesamowity! Przeżycie psują tylko ugryzienia muszek, zwanych sandflies.

Blue Pools
Blue Pools
Blue Pools

Po powrocie na parking okazało się, że okno w samochodzie zostawiliśmy otwarte na oścież. Przerażeni zaczęliśmy przebierać nasze rzeczy w poszukiwaniu dokumentów, pieniędzy i innych cennych rzeczy i ze zdziwieniem odkryliśmy, że zupełnie nic nie zginęło, mimo że parking był prawie pełny a koło naszego samochodu kręciło się stosunkowo dużo osób. Takie rzeczy tylko w Nowej Zelandii!