Po dotarciu do Monasteru wciąż mieliśmy jeszcze czas i ochotę na dalsze eksplorowanie Petry i okolic. Ruszyliśmy więc dalej w kierunku zachodnim, aż dotarliśmy do małego sklepiku znajdującego się tuż nad przepaścią, z widokiem na Wadi Araba – dolinę będąca częścią systemu Wielkich Rowów Afrykańskich, która biegnie od Morza Martwego do Zatoki Akaba, wzdłuż granicy pomiędzy Izraelem a Jordanią. Przyszło nam wtedy do głowy, aby wyruszyć stamtąd pieszo do Małej Petry. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam jest szlak, chociaż nie polecany bez przewodnika. Zapytaliśmy sklepikarza o szczegóły – on również odradzał pójście na własną rękę, chociaż dał nam wskazówki gdzie mniej więcej zaczynał się szlak. Chęć przygody jednak zwyciężyła więc ruszyliśmy w poszukiwaniu szlaku do Małej Petry.

Szlak do Małej Petry
W miejscu, które wskazał sklepikarz jako początek szlaku nie było nic co przypominałoby jakąkolwiek ścieżkę. Ot, piach, skały i kamienie. Widzieliśmy jednak dokładnie miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć, aby na ten szlak wejść. Sklepikarz wskazał drzewo, obok którego prowadziła ścieżka, wysoko nad nami, wzdłuż skalnej ściany. Metodą prób i błędów udało nam się w końcu tam znaleźć. Dalej, przez pewien odcinek było już łatwiej – szlak prowadził skalna dróżką, wysoko, nad doliną, skąd mogliśmy podziwiać niesamowite widoki na Wadi Musa i Wadi Araba. Takie miejsca lubię najbardziej, gdzie można być sam na sam z naturą. Przyszło nam nawet do głowy, że świetnie byłoby obudzić się na takiej skalnej półce i podziwiać wschód słońca nad skałami. Ale na to musielibyśmy się już wcześniej przygotować – wody i tak mieliśmy “ledwie co” – gorąc dawał nam się we znaki i nasz zapas szybko się kurczył, a mi z tego gorąca nawet okropnie napuchły palce i dłonie. Ale szlak był cudowny i choć nawet gdzieniegdzie widzieliśmy ślady stoisk – pozostawione stoły, krzesła i dywany – to jednak nie spotkaliśmy na nim nikogo – ani turystów, ani handlarzy.
Po jakimś czasie ścieżka zaprowadziła nas w dół. Dotarliśmy w końcu do płaskiej doliny i tu nasz szlak się urwał. Byliśmy trochę zdezorientowani i nie do końca wiedzieliśmy w którą stronę się kierować. Wkrótce jednak obok nas pojawiła się grupka tutejszych dzieci, które natychmiast zaczęły prosić nas o pieniądze. Dziwne, bo na horyzoncie nie było widać ani ich opiekunów, ani żadnych śladów cywilizacji. Choć dzieci ledwie co mówiły po angielsku, udało nam się poprosić ich, aby wskazały nam drogę do Małej Petry. Gromadka odprowadziła nas kawałek, a w zamian daliśmy im kilka dinarów. Byli niezwykle szczęśliwi, że udało im się zapracować na te pieniądze. A my w końcu prawie dotarliśmy na miejsce.








Mała Petra
Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do Małej Petry okazało się, że… nie możemy jej zobaczyć. Było nieco przed 18.00, ale kompleks został już zamknięty dla zwiedzających i chociaż w środku byli jeszcze turyści, to nam nie pozwolono wejść. Prośby nic nie dały, a że nie chcieliśmy się wykłócać, zmuszeni byliśmy odejść. Szybko udało nam się złapać stopa – dwóch Jordańczyków z chęcią zabrali nas z powrotem do miejscowości Wadi Musa. Musieliśmy więc niestety obejść się smakiem, ale jak to się mówi, czasami nie cel jest ważny, a droga – i to w tym przypadku jak najbardziej się sprawdziło!




Dodaj komentarz