Na Sri Lance świętych miejsc jest mnóstwo. I jakoś dziwnym trafem wiele z nich znajduje się na szczytach gór czy wzgórz, na które wchodzi się po setkach, lub nawet tysiącach schodów, oczywiście obowiązkowo boso. I tak też jest w przypadku Mihintale – miejsca, w którym zapoczątkowany został buddyzm na Sri Lance.
Bilety wstępu kupujemy w miłego pana w małej budce. Gdy wyciągałam z torebki pieniądze, w pewnym momencie coś zaszeleściło mi nad głową. Spojrzałam w górę, a tam, na gałęzi, do skoku na mnie szykowała się… gigantyczna wiewiórka! Pewnie myślała, że wyciągam z torebki jakieś smakołyki. Na to miły pan bileter mówi. Don’t be afraid. It’s wiwirka! Tak, po polsku, trochę zniekształcone, ale zawsze. Widać musi przyjeżdżać tu sporo Polaków.
Wzięliśmy bilety (500 rupii za osobę) i ruszyliśmy w górę po pierwszej partii schodów, miejscami całkowicie zalanych wodą, mijając starszych i młodzież, tradycyjnie ubranych na biało. Po pokonaniu kilkudziesięciu, a raczej kilkuset schodków przyszedł czas na… ściągnięcie butów. Oczywiście miejsce święte można odwiedzać tylko boso. Buty zostawiliśmy na regale, płatnym “co łaska”. Nad nami zbierały się już gęste ciemne chmury, mieliśmy więc niewiele czasu by zdążyć przed deszczem.

Kolebka buddyzmu
Według legendy w 247 roku przed naszą erą król Devanampiya Tissa wybrał się na polowanie właśnie w okolicach wzgórza Mihintale. Spotkał tutaj Mahindę (brata Sangamitty, która przywiozła do Anuradhapury gałązkę świetego drzewa bodhi), syna indyjskiego buddyjskiego imperatora Ashoki. Mahinda przekazał królowi nauki buddyjskie i przekonwertował króla na buddyzm. Dlatego uważa się, że to właśnie tutaj miał swój początek buddyzm na Sri Lance.
W miejscu, w którym doszło do spotkania Mahindy i króla zbudowano niewielką dagobę Ambasthale. Nazwa “Ambasthale” znaczy “drzewo mango” i odnosi się do zagadki, którą zadał Mahinda królowi, aby przetestować jego mądrość. Wokół dagoby znajdują się kolumny, które świadczyć mogą o tym, że kiedyś dagoba znajdowała się wewnątrz jakiegoś budynku. W pobliżu znajduje się też posąg króla ubranego w tradycyjne szaty.
Zza dagoby Ambasthale wysuwa się nieco już większa kopuła. To Mahaseya Dagoba, największa w Mihintale. Prowadzi do niej kolejne kilkadziesiąt schodków, ale warto się na nią wspiąć, bo widoki z góry są warte zachodu. Obok dużej białej stupy znajduje się mniejsza, zbudowana z cegły – ponoć jest to jedna z najstarszych świątyń na Sri Lance.
W Mihintale przechowywane są relikwie Mahindy. Niektóre źródła mówią, że znajdują się one w dagobie Ambasthale, inne, że w dagobie Mahaseya. Jak jest naprawdę? Niestety nie udało mi się dowiedzieć.
Ponad Ambasthale dagobą góruje też ogromny posąg buddy, do którego idzie się, jakżeby inaczej stromymi, wykutymi w skale schodkami. Z dagoby wąską ścieżką można też dojść do jaskini, w której ponoć odpoczywał Mahinda.







Aradhana Gala – skała medytacji
Naszą uwagę już z daleka przyciągnęła też wysoka skała, na którą wspinali się ludzie. Aradhana Gala, bo tak się nazywa, znaczy “skała medytacji”. Gdyby nie te tłumy zmierzające na szczyt faktycznie, może można by było tam medytować. Na szczęście robiło się już późno, chmurzyło się coraz bardziej, więc tłumy w końcu zaczęły rzednąć. Podejście było bardzo strome i gdyby nie barierki, ciężko byłoby wejść na sam szczyt. W końcu w całym Mihintale trzeba chodzić boso! Chociaż mijając schodzących lokalnych 80-latków i rodziny z malutkimi dziećmi zaczęłam zastanawiać się jak oni to robią, że przychodzi im to z taką łatwością? Ale może to lata praktyki chodzenia boso i pielgrzymek w różne święte miejsca. W każdym razie nie polecam tego osobom z lękiem wysokości, chociaż widoki z góry były niesamowite – całe Mihintale i okolice, aż po Anuradhapurę i jeszcze dalej. A na samym szczycie udało nam się być zupełnie sami! W końcu jednak przegonił nas deszcz i trzeba było czym prędzej schodzić na dół.





Tajemnicze ruiny
W drodze powrotnej minęliśmy jeszcze kilka mniejszych stup, rytualnych sadzawek, ruiny zabytkowych budowli, wśród nich m.in ruiny szpitala, uważanego za jeden z najstarszych zachowanych szpitali na świecie oraz ruiny refektarza, w którym na kamiennej płycie wypisane były zasady życia mnichów. Można się było z nich dowiedzieć nie tylko jak wyglądało życie mnichów (np. powinni wstawać o świcie, myć zęby, ubierać szatę, następnie medytować, by później zjeść śniadanie – gotowany ryż, ale tylko jeśli wcześniej wypowiedzieli odpowiednie modlitwy) ale też całego klasztoru (jedna z zasad głosiła, że żadna z rzeczy należących do klasztoru nie mogła być sprzedana lub pożyczona). W pobliżu refektarza znajduje się też słynna Singha Pokuna – “Lion Pond” z płaskorzeźbą lwa, z którego paszczy wypływała woda.
Ruin jest sporo, poukrywane gdzieś w lesie, do których dotrzeć można bocznymi ścieżkami. W zasadzie jeszcze po wyjechaniu z parkingu na naszej drodze napotykaliśmy stupy, pomniejsze ruiny, jaskinie, sadzawki… Cała okolica Mihintale, Anuradhapury i pewnie całego Złotego Trójkąta obfituje w takie nie do końca jeszcze zbadane pozostałości dawnego królestwa.






Dodaj komentarz