Czasami gdy rozmawiam ze znajomymi o zorganizowanych wyjazdach turystycznych kontra podróżach na własną rękę, często pada argument: z przewodnikiem się nie zgubisz! A ja właśnie czasem lubię się zgubić, zejść z utartego szlaku i zobaczyć coś, czego z przewodnikiem bym nie zobaczyła.

I właśnie raz z koleżankami zabłądziłyśmy na łotewskiej prowincji, w drodze do Rundale. Zatrzymałyśmy się w pobliżu wraku jakiegoś starego samochodu, a gdy tylko wysiadłyśmy z samochodu wybiegł do nas na oko siedemdziesięciokilkuletni staruszek, wyraźnie zachwycony na nasz widok, z pytaniem, czy przyjechałyśmy do jego “muzeum”. Nie chciałyśmy robić dziadkowi przykrości, zapytałyśmy tylko ile kosztuje wstęp (chociaż nie wiedziałyśmy nawet co to za muzeum). Staruszek machnął ręką i zaprowadził nas w kierunku dużej stodoły… Było nas 5, więc (chyba) nie miałyśmy się czego bać, chociaż zapowiadało się trochę przerażająco.

Gdy drzwi stodoły stanęły przed nami otworem naszym oczom ukazało się kilkanaście samochodów i kilka motocykli, na oko z lat 30tych i 40tych XXw. Pan był Łotyszem, nie mówił płynnie po rosyjsku i był trochę przygłuchy, więc rozmowa była troszkę utrudniona. Nie zapamiętałam wprawdzie szczegółów dotyczących samochodów, wiem tylko tyle, że kolekcja była niesamowicie cenna, a w jej skład wchodziły unikatowe egzemplarze. Najcenniejszy to mercedes z początku lat 30tych którym jeździł pewien niemiecki nazistowski generał (do dzisiaj zachowały się tylko 4 egzemplarze tego samochodu, 3 z nich były w Niemczech i jeden właśnie na Łotwie). Największe wrażenie zrobiła na nas jednak słynna czarna wołga. Aż ciary przechodzą na samą myśl, kto mógł jeździć tymi samochodami… W drugiej stodole zebrane były “nowsze” modele – z lat 50tych, 60tych, 70tych. Kolejne kilkanaście sztuk. Wszystkie te samochody warte były pewnie miliony dolarów, a tymczasem ich właściciel mieszkał w starym drewnianym domku na łotewskiej wsi, i wydawał się być z tego powodu bardzo zadowolony. “Mógłbym sobie kupić za to kilka mieszkań, ba, domów w najdroższej dzielnicy Rygi, ale na co mi to?” – mówił.

Gdy Pan dowiedział się skąd jesteśmy, od razu w żartach zaproponował, że zamieni pięknego różowego trabanta na jakiegoś ładnego malucha, o którym zawsze marzył. Dziwne ludzie mają marzenia 🙂 Pan był bardzo miły, ale nie życzył sobie, żebyśmy robiły zdjęcia. Jedyne jakie mam, to właśnie z różowym garbuskiem. A dlaczego nie chciał zdjęć? Nie wiem, może podobało mu się to spokojne życie z dala od komercjalizacji, całego PR-owego szumu, social mediów i tłumu turystów. Na pożegnanie żona staruszka podarowała nam worek jabłek ze swojego sadu. Takie nieoczekiwane spotkanie, a takie przyjemne…

Nie wiem, czy to miejsce jeszcze istnieje, czy ten pan jeszcze żyje i czy kolekcja nadal jest na Łotwie,  czy może jednak została sprzedana? Nie potrafię nawet powiedzieć, gdzie dokładnie to muzeum się znajdowało i gdzie można go szukać. Ale może komuś uda się je jeszcze znaleźć.