Na pierwszy rzut oka miasto pod względem estetycznym wydaje się po prostu brzydkie i nudne, ale po bardziej dociekliwym zapoznaniu się z nim można dostrzec interesujące detale, ciekawą mieszankę różnych stylów architektonicznych z XIX i XX wieku, wszechobecną na ulicach współczesną rzeźbę i… miliony kotów. A te przecież dodają uroku jak mało co.

W poprzednim poście pisałam o największych atrakcjach turystycznych stolicy Łatgalii. Fakt, nie jest ich dużo, co więc można jeszcze tu robić?

Ja osobiście uwielbiam po prostu spacerować po mieście bez żadnego konkretnego celu. Oglądać stare zniszczone kamienice w centrum, zwiedzać osiedla pełne bloków z wielkiej płyty, spacerować uliczkami, na których nie ma nawet asfaltu pomiędzy małymi drewnianymi chatkami. Klimat zdecydowanie rodem z zupełnie innej epoki!

Na pierwszy rzut oka miasto pod względem estetycznym wydaje się po prostu brzydkie i nudne, ale po bardziej dociekliwym zapoznaniu się z nim można dostrzec, jak bardzo jest różnorodne i ciekawe. Gdy się nie ma co się lubi to się lubi co się ma – z braku laku zainteresowałam się więc architekturą miasta. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistą, ale ładne budynki zawsze zwracają moją uwagę. Z tym, że “ładne” to oczywiście stwierdzenie subiektywne, a w tym przypadku lepiej chyba powiedzieć “ciekawe”. W końcu to budynki dają nam pogląd na to, jak żyją i jacy są mieszkańcy miasta. I muszę do czegoś się przyznać – gdziekolwiek jestem lubię zaglądać ludziom przez szyby, uchylone drzwi – uchylić rąbek tajemnicy tego, co jest w środku typowego mieszkania.

W centrum w oczy rzucają się budynki z czerwonej cegły, w stylu tzw. łatgalskiego baroku, których jest bardzo dużo w centrum miasta. Powstały one gdy głównym architektem miasta był Wilhelm Neumann (połowa XIX w.), który przeprowadził się na Łotwę z Niemiec. Takie budynki można zauważyć m.in. przy ulicy Rigas, Saules czy Instituta. Przy ulicy Saules zachowało się też kilka ciekawych budynków reprezentujących styl Art Nouveau (ros. Югендстиль). Niestety, większość z nich została zburzona podczas drugiej wojny światowej. Nie brakuje za to budynków zbudowanych w stylu sowieckiego modernizmu, wśród nich m.in. byłe kino “Renesans” czy Centrum Kultury i Sportu (Daugavpils Kultūras Pils). Najciekawsza, moim zdaniem, jest jednak drewniana architektura z XIX wieku. Budownictwo niektórych rejonów, jak np. Griva, Vecā Forštate, Vecstropi czy Viduspoguļanka niemal w całości składa się właśnie z drewnianych XIX-wiecznych dacz, świetnie zachowanych i wciąż zamieszkanych! Ciekawostką architektoniczną jest Cerkiew Aleksandra Newskiego, zbudowana bez użycia ani jednego gwoździa. Niestety budynek nie jest objęty żadną ochroną, przez co niszczeje. W ogóle, zapuszczając się w “wiejskie” rejony miasta, często można spotkać ukryte tam bardzo ładne, niewielkie drewniane cerkiewki.

Co ciekawe, okazuje się, że niezwykle popularną dziedziną sztuki w Daugavpils jest… rzeźbiarstwo. W mieście pełno jest pomników (wiele z nich poświęconych Polakom), jak również współczesnych rzeźb (w całym mieście ponad 50). Natknąć się na nie można niemal na każdym kroku, szczególnie dużo jest ich w parkach i skwerach. Coś mi się wydaje, że palce mieszały w tym władze miasta, chcąc może je trochę upiększyć i dodać mu charakteru, co nie do końca przyniosło oczekiwany skutek. Niektóre z rzeźb są delikatnie mówiąc, dyskusyjne… Kilka rzeźb na przykład przedstawia… koty. Nie wiem skąd to się wzięło, ale Daugavpils to miasto kotów. Są ich tu setki albo i tysiące, na każdej ulicy po kilka lub kilkanaście. Większość jest na tyle oswojona, że spokojnie dają się pogłaskać – chyba wiedzą, że od tego zależy ich być albo nie być. Na szczęście nie brakuje osób, które te koty dokarmiają. Sama byłam jedną z nich, a nawet jednego kota przywiozłam do domu… 

Jak się poruszać zwiedzając Daugavpils?

Miasto podzielone jest 25 mikro-rejonów, do których można dostać się pieszo, autobusem, lub najpopularniejszym środkiem transportu w mieście – tramwajem. I tu ciekawostka: w całym mieście są aż 3 linie tramwajowe! Bilety kupuje się u konduktorów, a raczej konduktorek, zwanych potocznie “babuszkami”, a kosztują one kilkadziesiąt groszy, śmiało można więc ruszyć w nieznane 🙂